Szukany tekst :



Aktualnie kręci się tutaj turystów, może spotkacie się w Chat'cie...

Tu jest mój dom, tu jestem szczęśliwy


Zapraszam do lektury książki autorstwa Marcina Silwanowa.

Autor tak pisze o swojej twórczości: [Tekst] powstawał w specyficznym czasie i dotyczy trudnej sprawy. Wewnętrzne skłócenie uosobione w dwóch postaciach i finalne samobójstwo o znaczeniu czysto symbolicznym, jako uśmiercenie w sobie tego co słabe, co pozbawia nas ŻYCIA. To też kwestia naszej odwagi i konsekwencji w wyborze życiowej drogi, aby żyć w zgodzie z sobą. Tylko to daje trwały spokój i szczęście, aby jak pisał H.D. Thoreau "w godzinie śmierci nie odkryć, że nie żyłem".

Rozdział IRozdział I
Rozdział IIRozdział II
Rozdział IIIRozdział III
Rozdział IVRozdział IV


Marcin (marsil at poczta.fm)
Zachwyt nieustanny...? To byłoby...nieludzkie:)Wartość tego co bolesne, smutne, tego co piękne i radosne, w pełni widać dopiero gdy przeminie. Niejako "na środku". Myślę, że słowa, których użyłaś Gosiu: "i tak warto żyć" są w gruncie rzeczy, tym samym o czym ja karkołomnie piszę:)
15. lutego 2009, godzina: 22:37


Marcin (marsil at poczta.fm)
Myślę, że szczęście nie wynkia z tego co nas spotyka, czego doświadczamy, lecz z tego jak przyjmujemy zdarzenia, sytuacje, spotkania. Szczęście mieszka w nas. Tymczasem mam wrażenie, oby było mylne, że często uzależniamy nasze poczucie szczęścia od zdarzeń zewnętrznych. W nich upatrujemy źródła radości lub smutku. Paradoksalnie w ten właśnie sposób człowiek czyni siebie nieszczęśliwym, bezwolnym
Szczęście to stan pewnej stałości ducha, stan który pozwala zaangażować się w radość i cierpienie, lecz nie czyni nas od tych uczuć zależnym. Szczęście to wiara, że noc jest nocą tylko, a dzień dniem, które po sobie następują. Istotą tego procesu jest "naprzemienność", a szczęscie to właśnie świadmość tej "naprzemienności".



Myślę, że warto zajrzeć do słów Ewangelii, które przypadają na dzień dzisiejszy, (Mk 7,14-23).


11. lutego 2009, godzina: 19:49


Marcin (marsil at poczta.fm)
Myślę, że trzeba bardzo uważać z tym popularnym "zatrzymaj się i zastanów". To zatrzymanie może być niebezpieczne, może być zatrzymaniem właśnie. Przypomniały mi się znane słowa piosenki: "...od stania w miejscu niejeden już zginął...". Życie jest ruchem, jeśli coś się nie porusza, najpewniej nie żyje. Przedstawiam tu raczej ekstremalne sytuacje i rozważania, dla podkreślenia wagi tematu. Czasem mam takie wrażenie, że to zatrzymywanie się i zastanawianie, może stać się właśnie formą ucieczki od życia, od odpowiedzialności. Ciągłe pytania, wahania, które bardzo łatwo nazwać ROZWAGĄ. Bardzo łatwo ze "słabości" uczynić cnotę. W pewenym momencie życia, mądra osoba powiedziała mi mniej więcej tak: "Idź, działaj. Jeśli to będzie dobre, w porządku, idź dalej tą drogą. Jeśli okaże się złe, zawsze możesz zawrócić. Tylko...nie stój w miejscu". Jedno pytanie rodzi kolejne pytanie. W tym właśnie tkwi pułapka "zatrzymania". W porę trzeba ruszyć dalej, nawet za cenę błędu i zgubienia się. Aby ciągłe ważenie spraw nie stało się powodem obumierania. Trzeba czasem iść za impulsem, emocją. Schować czy wyrzucić na chwilę myślenie (kalkulacje)i iść "na całość", co dla każdego oznacza co innego. Ale to właśnie dla mnie nadaje życiu smak, element zaskoczenia, przygody. Nie dalej jak wczoraj znów dałem się temu ponieść i...było pięknie:)
Otwarcie na Nowe. Dla mnie oznacza to zaufanie do życia, przyjmowanie wszystkiego co przynosi z wiarą, iż jest to potrzebne, iż jest to jakaś nauka, iż jestem we właściwym miejscu i czasie. Niedawno ktoś w formie zarzutu powiedział, że nie mam żadnych oczekiwań od życia. Akurat dla mnie nie jest to wada, ale coś dobrego. To właśnie jest otwarcie. Nie oznacza to braku planów, marzeń czy szerzej zaniechania działania. Pozwala to nie mieć frustracji i roszczeniowej postawy wobec życia. To taka "aktywna bierność" dająca poczucie wolności i radości. Dzięki temu cieszę się życiem i jestem szczęśliwy. Jak napisała przedmówczyni: "Odpowiedni moment nadejdzie, spontanicznie, na przekór kartom z kalendarza". Im bardziej się skupiam, przesadnie angażuję, kurczowo chwytam to czego pragnę, tym bardziej mi się to wymyka. Każda rzecz ma swój czas i na nic się nie zda gonitwa za nią. Zrodzić to może tylko frustrację.
Otwarcie i zaufanie...
9. lutego 2009, godzina: 19:58


gośka (coffeeina at gazeta.pl)
Zaczynamy się rozpędzać w tym nowym roku... Niektórzy jeszcze nie bardzo zorientowani co do kierunku, ale już z kompasem w dłoni. Nie każdemu pewnie się udało pozamykać stare sprawy i ciągną jeszcze skrzypiący wózek z przeszłości za sobą. Tak wyszło: cezura czasowa nie zawsze zbiega się z cezurą życiową. I dobrze, nie wszystko musi odbywać się „na gwizdek”. Odpowiedni moment nadejdzie, spontanicznie, na przekór kartom z kalendarza.
Ludzie z wrodzoną potrzebą ruchu inaczej mierzą czas: od kroku do kroku, od zmiany do zmiany, od zdarzenia do zdarzenia. I niewiele ma to czasem wspólnego z zawrotnym tempem dziania się. Są otwarci, aktywni, nie blokują się w obliczu Nowego, a więcej nawet - prowokują Je. Działają instynktownie, często emocjonalnie, popełniają błędy i potem muszą je naprawiać. Muszą być w ruchu, bo ruch oznacza dla nich życie właśnie. Z dnia na dzień potrafią przemeblować swój świat, zmienić miejsce i sposób funkcjonowania. Tak naprawdę bardzo wiele ryzykują, porzucając bezpieczne ramy dotychczasowego życia. To, co znane i sprawdzone, nie wydaje się im jednak pociągające. Ostatnio spotkałam się z zarzutem, że ten ruch to forma ucieczki od siebie (w założeniu, że jedyną słuszną formą istnienia jest tzw. mała stabilizacja) i że trzeba się zatrzymać, by zastanowić się nad sobą. Tylko że to się, moim zdaniem, wcale nie wyklucza. Wszystkich współczesnych „Biegunów”, jakich znam, nie można posądzić o deficyt myślenia.

9. lutego 2009, godzina: 9:36


gośka (coffeeina at gazeta.pl)
Ja bym powiedziała nawet więcej: każdy ma taki Everest, na jaki pozwala mu jego wewnętrzne spojrzenie. Jak daleko potrafi patrzeć, jak głęboko sięgnąć, na ile jest w stanie odrzucić pytania, będące mordercami spontaniczności i kreatywności: „Po co?” i „Dlaczego?”, które, niczym wielkie śruby, przytwierdzają do ziemi. A tak na marginesie: gdyby ci wszyscy znani dziś odkrywcy (czy np. artyści) na początku swojej działalności zadali sobie takie pytania, prawdopodobnie do dziś szukaliby odpowiedzi i … o ileż dzieł i odkryć uboższy byłby świat:)Myślę, że w samych pytaniach o sens nie ma nic złego; więcej nawet – są to rozważania bardzo potrzebne, a wręcz niezbędne w niektórych wypadkach… Czasem jednak chyba warto odwrócić kolejność i zadać je dopiero „po”. Podobnie rzecz się ma z ceną, jaką za te „nasze Everesty” często musimy zapłacić: pełna świadomość w tej mierze również nie służy zdobywaniu szczytów. Wysokość tej „ceny” nie jest też wynikiem chłodnej kalkulacji – zdobywcy płacą ją niejako na raty, w drodze, po trochu. Jak wielka jest to suma, dowiadują się, stając na swoich szczytach. Mimo tego wyznaczają sobie kolejne „Everesty”… I bardzo dobrze, bo przecież … żyjąc, i tak tracimy życie:)
8. grudnia 2008, godzina: 21:43


Marcin (marsil at poczta.fm)
Granice... Wyżej, dalej, szybciej, samotnie, pierwszy... K2 zimą, samotnie dookoła świata, samotnie przez Atlantyk, zdobyć Biegun Północny, przelecieć nad Kanałem La Manche...Po co? Dlaczego? Skąd biorą się w człowieku te pragnienia, by wciąż przekraczać granice, zrobić coś czego nikt jeszcze nie zrobił? W niektórych przypadkach, poza uwarunkowaniami wewnętrznymi, takie "ekstremalne" wyczyny mają też bardzo "logiczne" wytłumaczenie, co więcej mają nieocenioną wartość. Wielcy odkrywcy, podróżnicy dali nam wiedzę, która bez ich udziału pozostałaby niedostępna. Weźmy pod uwagę choćby badania polarne, czy odkrycia geograficzne. To, powiedzmy, ma sens, podejmowane ryzyko ma tu swoje uzasadnienie. Ale wśród wielkich tego świata jest też na przykład Reinhold Messner, który jako pierwszy zdobył Koronę Himalajów. Jaką obiektywną wartość miał jego wyczyn, bo niewątpliwie był to wyczyn. Gdzie kończy się ciekawość, a zaczyna...no właśnie, co się zaczyna? Jak to nazwać?
R.E. Peary wręcz opętany obsesją zdobycia Bieguna Północnego zawiesił na włosku swoje życie osobiste, rodzinę, dom. Był gotów poświęcić to wszystko, byle dojść, stanąć na "czubku ziemi". Jerzy Kukuczka, zdobywając kolejne ośmiotysięczniki żył praktycznie "od wyprawy do wyprawy". Na jednej szali dom, szczęście rodzinne, na drugiej szczęście wśród nieprzystępnych szczytów.
Czytając książki podróżników, zdobywców widzę coś w rodzaju uzależnienia. Wciąż więcej i więcej. Ciekawość, pasja, a może przekraczanie granic jako forma doświadczeń transcendentalnych? Jeden z polskich himalaistów napisał: "Każdemu jego Everest". I to jest prawda, to też jest jakaś odpowiedź na moje pytania. Każdy ma swój życiowy Everest, różny w róznym czasie. Dobrze, że tak jest. Czasem jednak mam wrażenie, że są ludzie, dla których Everest nie istnieje. Nie dlatego, że jest daleko, ale dlatego, że nie widzą celu w jego zdobywaniu.
7. grudnia 2008, godzina: 23:19


gośka (coffeeina at gazeta.pl)
Niewiele można dodać do tego, co napisał Marcin:) W nawiązaniu zaryzykuję stwierdzenie, że chyba w ludzkiej naturze leży pewna skłonność do autyzmu: czujemy się bezpieczniej w znanych, przewidywalnych sytuacjach, miejscach, środowiskach, na dawno wydeptanych ścieżkach. Tylko że takich tak naprawdę nie ma – zmianom podlegamy nie tylko my sami, lecz także wszystko i wszyscy dookoła. Na trasie, którą moglibyśmy – jak się wydaje – pokonywać z zamkniętymi oczami, może nagle pojawić się ktoś lub coś, czego lub kogo tam wcześniej nie było. Constans jest więc tylko pozorny, a jednak… Robimy wszystko, żeby zmiany kontrolować. Legion kosmetyków przeciwko najpierwszym oznakom starzenia, siłownia, gimnastyka, żeby utrzymać młodzieńczy wygląd i sprawność. Żeby utrzymać, zachować, czyli…żeby się nie zmieniło (lub żeby opóźnić jak najbardziej się da to, co przecież nieuniknione). Paradoksalnie potrafimy nawet sam proces zmian wykorzystać przeciwko… innym zmianom właśnie! Wszelkie kontrolowane zmiany jesteśmy w stanie zaakceptować łatwiej. Znów zaryzykuję: myślę, że obserwowany współcześnie, coraz popularniejszy model życia w pojedynkę (tzw. single), to m.in. pokłosie niechęci do zmian (a może też strachu przed nimi). Istnieje również taka grupa ludzi, którzy bez zmian nie mogą żyć – nieustannie próbują coś zmieniać: siebie, otoczenie, prowokują zmiany, rzucają się na nie jak na morskie fale i tylko wtedy są w swoim żywiole, gdy nic nie jest takie samo jak przed chwilą. Jedni i drudzy, o dziwo, mogą żyć obok siebie. Ironia nieporządku świata polega bowiem na swoistym…porządku:)
19. listopada 2008, godzina: 19:42


Marcin (marsil at poczta.fm)
Zmniany...nieustannie im podlegamy, mają różny charakter, ale...czym one właściwie są? Skąd biorą swój początek? Czym jest zmiana w życiu człowieka i co ją powoduje? Czy boimy się zmian, wolimy ich unikać, czy z ufnością i odwagą rzucamy się w wir nieznanego? Co powoduje, że jeden stan rzeczy przechodzi w inny?
Zmiany zawsze mają jakąś przyczynę. Myślę, że można tu wyróżnić dwie podstawowe grupy: przyczyny wewnętrzne i zewnętrzne. Zewnętrzne są mniej lub bardziej niezależne od nas, natomiast wewnętrzne mają zawsze początek w człowieku i biorą się ze świadomości. Istotę tych ostatnich stanowi świadomośc istnienia jakiegoś "lepiej", "pełniej", "piękniej", "inaczej". To takie "myślenie ku" skupiające się na tym co dalsze. Jest też "myślenie od" skupiające się na tym co obecne. Oba rodzaje myślenia łączy jednak nierozerwalnie pragnienie przemiany na "lepsze".
Żyjąc w świecie pośród różnych ludzi i różnych zdarzeń również podlegamy zmianom. Los, cokolwiek to znaczy, stawia nas w sytuacjach, które z natury prowadzą ku zmianie. Miłość, zmiana pracy, choroba i śmierć, inni ludzie, utrata przyjaciela, zyskanie przyjaciela, podróże, upływ czasu i wiele innych. Większości z tych spraw się nie planuje, po prostu przychodzą, doświadczamy ich i...stajemy się inni. Tak to wygląda w jednym zdaniu. Jak wygląda w życiu, każdy wie. Zdarzenia zewnętrzne kształtują nas, zmieniają czasem jakby bez naszej woli, naszego przyzwolenia (tu warto jednak przeczytać słowa Małgosi o wyborach i ich konsekwencjach).
A co ze zmianami, które "mają źródło w nas", w naszym niezadowleniu i w naszych pragnieniach zmiany "na lepsze"? Czy widząc dziurę, łatwo ją załatać? Czy łatwo jest nam zmienić dom na mieszkanie, które być może stanie się domem, ale...tylko być może? Co będzie jeśli zadam sobie pytanie "kim jestem?", a w odpowiedzi usłysze "nie wiem"? Czy mam odwagę schować pocztówkę z Rajską plażą do szuflady i wyruszyć w podróż, aby zobaczyć ją na własne oczy? Mogę przecież utonąc, pobłądzić, stracic siłę. Czy w ogóle można tak zwyczajnie zaplanować zmianę siebie? Od jutra to i to...
Każde wyzwanie od życia to okazja do zmiany. Każda zmiana to wyzwanie. Kokon i motyl...ludzie mają Świadomość...to ich największy dar, który bywa jednak przekleństwem...


15. listopada 2008, godzina: 23:04


gośka (coffeeina at gazeta.pl)
„Wówczas krzyknął ksiądz do K.:
Czyż nie widzisz nic na dwa kroki od siebie?” (Proces, F. Kafka). Józef K., poprawny urzędnik, w dniu urodzin, całkiem niespodziewanie dla samego siebie, zostaje postawiony w stan oskarżenia. Oczywiście nie chodzi o żaden proces w dosłownym znaczeniu – nikt żadnego doniesienia na Józefa K. nie zrobił. Można powiedzieć, że to „głos wewnętrzny”, jego zduszone, stłamszone „ja” domaga się od niego przeprowadzanie sądu nad dotychczasowym życiem. Mimo oporów i protestów bohatera proces się rozpoczyna, a co gorsza – kończy się wyrokiem, równie symbolicznym, jak cały ów sąd. Przywołałam tę powieść, bo wydaje mi się właściwym komentarzem do tematu – człowiek niemający „fundamentów” sam w sobie musi ich szukać poza sobą, na zewnątrz. Jak pokazuje Kafka, takie rozpaczliwe i ślepe szukanie „u innych”, gdziekolwiek, musi skończyć się klęską (w jakimś sensie historia Marka też to potwierdza). Nie można uciec przed pytaniem o sens swojego istnienia, trzeba mieć odwagę nie tylko je sobie zadać, lecz także - szczerze na nie odpowiedzieć. Każda szczera odpowiedź, nawet najbardziej miażdżąca poczucie samozadowolenia, daje niepowtarzalną szansę, żeby zobaczyć więcej niż tylko dwa kroki od siebie… Być może to właśnie mogłoby ocalić przed totalną rozpaczą?

8. listopada 2008, godzina: 21:36


Marcin (marsil at poczta.fm)
"Jeżeli człowiek nie dotrzymuje kroku swoim towarzyszom, może dzieje się tak dlatego, że słyszy dźwięki wybijane przez innego dobosza?". Tak pisał Thoreau o indywidaualizmie, osamotnieiu wynikającym z odwagi kroczenia "swoją drogą". Ale co, kiedy człowiek słyszy jednocześnie wielu doboszów, lub nawołujący głos werbla dobiega wciąż z innej strony? Co wtedy? Za którym głosem iść, którego dobosza wybrać i...co począć kiedy ten w momencie spotkania powie: "To chyba pomyłka". Co zrobić gdy wiele bębnów jednocześnie wybija rytm: "To tu, To Tu, To tu"? A wśród tych wszytskich dźwięków, a raczej gdzieś spoza nich wciąż słyszy jeszcze innego dobosza, którego bęben wybija stale jeden niepokojący rytm: "Nie Tu, Nie Tu, Nie Tu...Nie Tu".
Każdego z nas coś określa, jakiś konkret, coś co jest w jakiś sposób "swoje". Pasje, sposób bycia, przekonania itp. Marek nie miał nic swojego, wiele rzeczy brał za swoje, lecz ostatecznie one nie były jego czy "dla niego". Był pozbawiony tego co określa, pozbawiony kształtu. Dlaczego? Dlaczego tak było w jego przypadku? Dlaczego jest tak w przypadku niektórych ludzi? NIE WIEM. Tylko tak mogę odpowiedzieć Małgosiu na Twoje słowa...
4. listopada 2008, godzina: 18:03


[wszystkie komentarze]
Twój komentarz
treść:
imię:
email:
token:


Powrót do strony głównej Powrót do poprzedniej strony